piątek, 14 września 2012

Wyniki konkursu: bukiet kwiatów



W tej grupie otrzymałam cztery z pięciu prac.
Czytając wasze wcześniejsze komentarze, aż się zdziwiłam, że nie lubicie kwiatów. U mnie w domu wszystko rośnie trzy razy większe niż norma nakazuje.
Jak już wcześniej wspominałam tutaj wyraźnie widać brzydotę. Tylko jeden bukiet jest ładny, szkoda jedynie, że to dość nietypowa wiązanka cmentarna z końcówką przypominającą nam fragment reklamy Raffaello. Natomiast butelka Kubusia przypominała mi wierszyk, który niedawno miałam na nakrętce od Frugo.
Jednak i tak jestem pod wrażeniem, że nawet zwiędnięte kwiaty można przedstawić w tak różny i ciekawy sposób.
Wszystkie prace są dobre, ale zwycięska ma specyficzny i niepowtarzalny styl. Właśnie pod tym względem wyróżnia się na tle pozostałych.
Ciężko było nam się zdecydować, ale ostateczny werdykt jest taki.

Zwyciężczyni:
Autorka: Naczelny Złoczyńca
Wystarczyło otworzyć drzwi, by zorientować się, że młody znowu spartolił.
 Nie chodziło o to, że przyniósł do domu jakieś paskudztwo. Na pierwszy rzut oka dało się rozpoznać, że kwiaty, użyte do sporządzenia wiązanki, były naprawdę wysokiej jakości… kiedyś. Problem stanowiło to, jak bukiet wyglądał TERAZ.
Zacznijmy od tego, że florystą nie jestem, ale wiem, że róże nie powinny tak smętnie zwisać. A zwisały. Ich główki były podejrzanie małe. Poszarpane resztki płatków zdradzały, że młody musiał stwierdzić, ze kwiaty się za nadto porozchylały i postanowił powyrywać najbardziej odstającą część korony. Mało tego! Gdy się już zorientował w swoim błędzie, stwierdził, że najlepiej będzie zasłonić defekty wiązanki tym strzelistym, zielonym świństwem, które kwiaciarki wkładają do każdego bukietu. Efekt był taki, że większa część roślinek po prostu wymsknęła się z ozdobnej folii i padła na zalany niedawnym deszczem bruk. Ślady błota na wstążeczkach, kokardkach i listkach jednoznacznie na to wskazywały.
Z resztą, co tam róże! Gdyby je obskubać dokładnie, wyczyścić delikatnie chusteczką i wsadzić do wody, może dałoby się je uratować. W dużo gorszym stanie były te, no… mówiłem, florystą nie jestem, więc nie wiem, jak się zwą, ale przypominają nieco polne dzwonki, z tym, że płatki mają jaśniejsze, delikatniejsze i poszarpane. W każdym razie, sporo tego zielska znajdowało się w tym bukiecie zagłady i ku mojej zgrozie, wymazane były czymś żółtawym i kleistym. Naprawdę nie miałem pomysłu, jakim cudem młody (który niewątpliwie był mistrzem destrukcji) dokonał czegoś takiego.
Sam się dziwiłem, że ten obraz nędzy i rozpaczy jeszcze się jakoś trzyma – musiała to być zasługa tych sztywnych, ciemnozielonych, ulistnionych gałązek. Młody przywiązał do nich wstążkami kwiaty, wykorzystując je jako swoiste rusztowanie. I chyba tylko dzięki temu niezniszczalnemu okazowi botanicznemu wiązanka posiadała jako taki kształt.
Westchnąłem tylko i wtedy dostrzegłem, że wśród kwiatów ukrywa się ozdobny bilecik.
– Kochana mamo, przyjmij ten bukiet jako wyraz naszej miłości. – Przeczytałem. Zmarszczyłem brwi. No, ja się pod tym nie podpiszę.

Nagroda:

Pozostałe prace:
Autorka: Kornelia
Mały, drewniany stoliczek był jedynym obiektem w pomieszczeniu. Stał na gołej posadzce, która nie była raczej sprzątana od dłuższego czasu. Kilkucentymetrowa warstwa kurzu otuliła wszystko grubym, nienaruszonym dywanem.
Zapewne od dawna nikt tu nie zaglądał.
Wzrok zdecydowanie przyciągał prowizoryczny flakon, utworzony ze starej, przezroczystej butelki, której kolory na etykiecie dawno wyblakły. Jedynym widocznym znakiem na niej był czerwony napis „Kubuś”. Śmiejący się, z kartki papieru, miś, nabrał nieprzyjemnego, żółtego koloru, którego nikt nie pożądał.
Przez małe okienko w pomieszczeniu, wpadały promienie wieczornego słońca. Szklana manierka posłużyła światłu za pryzmat, tworząc na blacie małą tęczę. Woda zdążyła już zapleśnieć i wydzielała nieprzyjemny zapach stęchlizny. Kilka łodyg wystawało z szerokiej szyjki, a na ich szczytach kłębiły się pozostałości po pąkach i kwiatach.
Rośliny już dawno przybrały brudne barwy, nieraz osiągnęły już odcień brązu lub zgniłej zieleni. Goździki, margerytki, mieczyki i jedna róża, której zwinięty kwiat opadł z łodygi. Kiedyś piękny, być może czerwony, pąk, teraz zgięty, wisiał zaczepiony o kant butelki i w żaden sposób nie przypominał siebie z czasów swojej świetności.
Na jednej margerytce trzymał się ostatni zbłąkany płatek, który jako jedyny zachował swą pierwotną barwę. Zdawał się on wołać o pomoc w swojej agonii.
Parę liści leżało na ziemi, przykryte grubym dywanem pyłu, a kilka z nich pływało w mętnej wodzie, unosząc się delikatnie na jej powierzchni.
Bukiet nadal starał się olśniewać swym blaskiem każdego napotkanego obserwatora, który zagościł w progach, dawno zapomnianego, pomieszczenia. Kilka osób patrzyło z żalem na to zjawisko, myśląc o właścicielu owego bukiety, którego mógł spotkać los gorszy od jego własności.

Autorka: Miękko
Blog: Ensamme
Słońce zachodzi, a razem z nim rozpływają się kolory, nagle zlewając się w jedno, pokonując ograniczenia przestrzeni, przepływając z jednego przedmiotu na drugi. Nie inaczej jest ze smętnym bukietem, stojącym na komodzie. Wszystkie piętnaście kwiatów, które miesiąc temu zostały byle jak wciśnięte do szklanki, w tym momencie nabiera barw. Spływa na nie trochę światła z przejeżdżającego samochodu, odbija się delikatna żółć przybrudzonej tapety. Na ten jeden moment bukiet nie wygląda na zwiędły.
Nie licząc zapachu.
Ciężki odór gnijących łodyg nie daje o sobie zapomnieć długo po wyjściu z mieszkania, snując się spokojnie po ulicach i wnikając w rozedrgane nozdrza zniecierpliwionych przechodniów. Najlepiej nie wychodzić albo już od progu zacisnąć kurczowo palce na nosie, mając nadzieję, że fetor nie wedrze się do organizmu uszami i nie zaszczepi się w bezwolnym mózgu.
Jeżeliby przyjrzeć się uważniej, można dostrzec spękania w obrzmiałych łodygach — to woda rozsadziła zwarty miąższ, nasączając go zgnilizną — kiedy już się je zauważy, ciężko oderwać wzrok od ciemnych wyżłobień o poszarpanych krawędziach. Są jak nabrzmiałe żyły, które eksplodowały pod wpływem ogromnego ciśnienia, widmowe ścieżki życia prowadzące w górę po wyjątkowo stromych schodkach — dawno nikt nie wspinał się po nich wzrokiem. Na pewnym etapie wspinaczkę trzeba przerwać, bo widoczność zaczynają przesłaniać opuchnięte kielichy kwiatów i zwiotczałe płatki, zwieszające się smutno na podobieństwo wywalonych psich ozorów. Wyzierają spośród nich dumnie prężące się pręciki, sprawiając, że całość wydawała się nieprzyzwoita, niemal wulgarna. Każdy kwiat przywodzi na myśl inną ze zużytych dziwek, wyginających kusząco swoje zużyte ciała, próbując zwabić klientów.
Tu nie ma klientów, którzy mogliby pobłogosławić je pieniędzmi. Nie ma owadów, nikt nie daje się skusić zwietrzałemu pyłkowi, wciąż wysypującemu się spomiędzy rozchylonych płatków. Nie ma nikogo.
     
Autorka: Shy
Dziesięć kwiatów znalazło w tym wyjątkowym bukiecie odrobinę miejsca. Związane kilkoma długimi źdźbłami trawy, ciasno przylegały do siebie równo przyciętymi łodyżkami, lecz ich barwne korony… One odwrócone były każda w inną stronę, niosąc swoistą wiadomość adresatowi tej malowniczej kompozycji. Znad wiązanki unosił się aromatyczny zapach. Trochę słodkawy, lekko różany, odrobinę mdławy. Zawierał jednak najwięcej kuszącej słodyczy, jakiej nie można się oprzeć. Wystarczyło tylko wcisnąć nos w te kolorowe rośliny i zaciągnąć się głęboko ich świeżą wonią, aby doznać zawrotu głowy. Wiatr delikatnie, niemal sennie poruszał ich listkami, i tylko ten, kto znał się na kwiatach, mógł wyczytać z nich pewną treść.
Ruda aksamitka, z wieloma płatkami przywodzącymi na myśl spódnicę tancerki flamenco, mówiła o nadziei. Nieśmiały, fioletowy bratek z czarnymi łatkami, jakby namalowanymi pędzlem niecierpliwego artysty, zapewniał o nieustającej pamięci, podobnie jak niezapominajka, która, choć maleńka, posiadała swój wyjątkowy urok. Intensywnie niebieski, postrzępiony chaber bławatek wyrażał wierność, a jasnożółta forsycja, której cztery płatki były ułożone na kształt nierozkwitniętego dzwonka, zapewniała o oczekiwaniu. Oczekiwaniu na przyszłe, dalekie spotkanie... W bukiecie znajdował się również wrzos. Jego chuda gałązka uginała się pod nadmiarem fioletowych kwiatuszków, rozsiewających wokół przyjemne wonności. Wrzos niósł ze sobą powiadomienie o samotności, takiej, której serce prędko nie usypia, choć czas usilnie stara się ją leczyć. Niebieska, dostojna róża, przywodząca na myśl tchnienie zimy, w całej swej okazałości obiecała nadzieję, zaś ciemnoróżowe, rozłożyste kapryfolium, hojność oraz oddanie. W koronie okazałego, błękitnego hiacynta szemrało przekonanie o stałości, natomiast pąsowy groszek pachnący zamykał całą tę wiadomość, śląc pożegnanie i wyrażając żal z powodu rozstania.
Bukiet został delikatnie złożony na gładko uklepanej, cmentarnej ziemi. Nagrobka jeszcze nie było. Tylko brunatny kopiec, pustka w duszy i kwiaty, wyrażające więcej niż tysiąc słów.

3 komentarze:

  1. Ha, to teraz mogę być dumna, że wreszcie mój typ okazał się trafny! :3 Wszystkie prace niewątpliwie są dobre, ale pierwsza jest napisana w stylu i z humorem, które sobie ukochałam i zdecydowanie podbiła moje serce ^^

    OdpowiedzUsuń
  2. Złoczyńco, znów to zrobiłaś! Jak mogłaś?! :D Praca cudowna ^^ I właściwie nie potrafię nic powiedzieć adekwatnego do sytuacji, może poza: gratuluję! :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Ojejciujejciujejciu. *-*
    Strasznie się cieszę z tej wygranej, tym bardziej, że pozostałe prace są na naprawdę wysokim poziomie. Zwłaszcza opis Miękko bardzo mi się podoba, masz talent, dziewczyno. <3
    Napisałabym pewnie treściwszy komentarz, ale, kolokwialnie rzecz ujmując, padam na ryjek. xD Gratuluję raz jeszcze wszystkim pisarkom i nie mogę się doczekać kolejnej okazji do literackiego pojedynku. :D

    OdpowiedzUsuń

Obserwatorzy