piątek, 10 maja 2013

Nowe posty (50)

Crossover
W swoim życiu zwiedził trochę świata, jednak trzymał się swojej ojczyzny – to tam czuł się najpewniej. Nie mógł wprawdzie przepuścić okazji spotkania się z innymi pionierami świata kryminalnego. To, że zagłosowano na Brooklyn… Cóż, nie udawał, że było mu to obojętne, ale nie obchodziło go aż tak, aby wprawiać w ruch całą swoją skomplikowaną zabójczą maszynę. To tylko kameralne spotkanie przy kartach…

Rozdział 7
Otworzyłam te drzwi i normalnie stanęłam jak wryta. Przede mną stał nie kto inny jak Zayn Idiota do potęgi Malik. Czego on tu do cholery szukał?! Chociaż nie, tego mogłam się spodziewać. Spojrzałam na niego.
- Czego chcesz?
- Myślisz, że przyszedłbym, gdybym nie musiał? Chcę moją bejsbolówkę. I nawet się nie wykręcaj. Wiem, że ją masz.
- Taa, jasne, wmawiaj mi.- jednak momentalnie na moje usta wypłynął złośliwy uśmiech.- Trzeba było pilnować swoich rzeczy.
- Weź mi tu z czymś takim nie wyjeżdżaj. Byłem w tym klubie, wiesz? Dzisiaj rano. Gość przy wejściu powiedział mi, że wychodziłaś z niego z czerwoną bejsbolówką. Oddawaj ją!
- Tylko mamy mały problem, skarbie. Tak się składa, że nie ty jeden w Londynie taką masz.
- No co ty? Ale tak się składa, że moja zginęła mi właśnie podczas naszego ostatniego spotkania.
- Raczej ZGUBIŁEŚ ją podczas naszego ostatniego spotkania. Sama sobie nie poszła.- rzuciłam kąśliwie.

Chapter six: Zgroza
W tym rozdziale dzieje się coś, czego nikt się nie spodziewa. Niall i Audrey zostają sami w starym, opuszczonym domu. Jest niebezpiecznie, ponuro i... gorąco!

Rozdział 8: List i sen
Laurie mogłaby przysiąc, że jego wzrok na dłużej spoczął właśnie na niej. Uniosła głowę znad ekranu i przez chwilę patrzyła na pozostałych aurorów. Był tu nawet Simon Blackwell, który zaledwie kilka metrów dalej żywo dyskutował z June Parker. Oboje wyglądali na bardzo podekscytowanych.
— U nas do takich rzeczy dochodziło często, szczególnie w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych - mówił cicho Brytyjczyk, nachylając się do blondynki. — Nasze ministerstwo miało mnóstwo roboty z takimi dziwnymi sprawami, ale sam zacząłem pracować jako auror dopiero kilka lat później, kiedy sytuacja była już spokojniejsza.
June skrzywiła się malowniczo, jednocześnie lustrując mężczyznę uważnym wzrokiem. Laurie nagle przypomniała sobie, że tych dwoje odbyło dziś wspólną przejażdżkę po Nowym Jorku, z której ona zdołała się wykręcić. Ich nagła sympatia i takie spoufalanie się zaskoczyły ją jednak.
— Och, przecież to jest... okropne - wzdrygnęła się Parker. — To musiało być straszne, żyć w świecie tak pełnym zła i nie móc nic zrobić.
Simon pokiwał głową.

Rozdział 7
- Zgaduję, że Edward nadal szuka okazu? - Dumbledore zauważył moje zainteresowanie zwierzęciem, wstał zza biurka i splatając dłonie na plecach podszedł do drążka na którym siedziało owe wyjątkowe ptaszysko.
-Twój dziadek uwielbia rywalizację - Dumbledore uśmiechnął się szeroko, pogłaskał Feniksa po grzbiecie, a ptak z rozkoszą przyjął tę pieszczotę. - a jestem prawdziwym szczęściarzem, iż udało mi się znaleźć tego wspaniałego ptaka przed nim, moim zdaniem, Fawkes to nadzieja, nadzieja która odradza się i odradza. Wiesz kogo mi przypomina? Twoją matkę, pewnie zastanawiasz się dlaczego, co? Chodzi mi o to, że Rosalie przeszła już tak wiele, wielokrotnie upadała pod ciężarem losu, jednak potrafiła się podnieść i ruszyć dalej, wiedziała, że jest o co walczyć, naprawdę ciekawi mnie skąd w niej tyle wiary, ale pewnie nigdy się tego nie dowiem, Rosalie była w stanie poświęcić wszystko, byleby tylko móc uratować swoich bliskich, nie rozumiem tylko dlaczego się za to wszystko obwinia, zrobiła już przecież tak dużo, a Zaklęcie Fiddeliusa było najlepszym wyjściem w tamtej sytuacji...

12. Delikatna, z nutą odwago
Powinnam z tym skończyć. – z ironia mruknęłam pod nosem, podpalając kolejnego już dzisiaj papierosa. Błonia o tej godzinie wiały pustkami. Chłodne powietrze omiotło moją twarz, a policzki zaróżowiły się. Nagle liście , które zakrywały przejście, do mojego ,,wzgórza” zaszeleściły. Odwróciłam głowę, odruchowo chowając papierosa.
-Ty znów tutaj? – usłyszałam głos Łapy.
-Nie mogę? – odburknęłam niezbyt przyjaźnie.
-Nie truj się. – powiedział po chwili.
-A co, dziewczynom nie wypada palić, nie? Wiesz co, w tym momencie opinia innych to najmniej ważna sprawa. – byłam w bojowym nastroju.
-Tylko mówię. – odparł Syriusz unosząc ręce lekko do góry. Jego nastrój też chyba nie był najlepszy. Spojrzałam na niego z boku.

Rozdział 6
Minęły dwa tygodnie od mojego pobytu w szpitalu. W tym czasie nie działo się nic nadzwyczaj poważnego[...]
Poczułam jak ktoś mnie podnosi. Nie otwierałam powiek. Są za ciężkie. Zbyt bardzo chcę ponieść się w świat marzeń, snu... Chciałabym wiedzieć jakie będzie może życie. Jakie będzie życie mych bliskich. Kto zostanie, kto odejdzie. Czuje, że ktoś położył mnie na miękkim materacu. Lekki powiew i ciepło. Bardzo przyjemne ciepło. Tata o mnie dba. [...]
Nie miałam siły zwracać uwagi na dotyk. Poczułam kogoś obok mnie. Ktoś złapał moją dłoń i leży obok... To już sen...

Rozdział 3: Gra toczy się dalej
- Dzień dobry, wujku – przywitał się Olivier, zatrzymując się w drzwiach.
Harry Potter siedział w starym fotelu w nieużywanym gabinecie. Poprzedni nauczyciel, który z niego korzystał, zostawił w nim mnóstwo książek, pergaminów i map, oczywiście czarodziejskich, po których pływały statki i na których nadal toczyły się stare wojny.
- Proszę, usiądźcie. Chcecie herbaty? Skrzaty przed chwilką przyniosły, jeszcze gorąca.
Gryfoni zaprzeczyli i usiedli na podniszczonej kanapie pod ścianą. Żadne z nich nie chciało przedłużać rozmowy. Chcieli tylko wysłuchać kolejnych wspomnień z czasu wojny, pokiwać smutno głowami, obiecać, że już nigdy więcej nie przyjdzie im do głowy tak głupi pomysł, i wyjść.

Rozdział 6
- Jak się nazywasz?
Nie wiedziała, co ją tknęło, dlaczego zadała tak bezsensowne i nieistotne pytanie. Zacisnęła zęby, gdy dziewczynka spojrzała na nią ze strachem w oczach.
- Sonia Mierzejewska.
Już wiesz, dlaczego zadałaś to pytanie?
Zamrugała kilkakrotnie, chcąc, aby to, co właśnie usłyszała do niej dotarło. Mierzejewska… A więc taki był ich plan? Wykorzystać do wszystkiego bezbronne dziecko?
Nie zważając na obecność Soni, skwitowała to jednym treściwym zdaniem.
- No to się kurwa porobiło.

Rozdział V
- Uciekaj – warknęłam, składając znaki i obserwując wrogów, którzy powoli nas otaczali.
- Chyba żartujesz – fuknęła, zaciskając dłonie na flecie.
- Uciekaj! – krzyknęłam – jestem twoim dowódcą, to rozkaz – zamknęłam oczy, a z moich ust zaczęła wypływać głośna, śpiewana wysokim głosem melodia.
- Niech cię szlag, Shee – szepnęła i odbiegła, zabijając po drodze dwóch shinobi.
Ja i wy. Wy i ja. Zostaliśmy sami w tej popierdolonej grze, którą jest wojna.
Moje ręce uciekły na boki, a klatka piersiowa powędrowała do góry. Głowa odchyliła się w tył, a wirująca wokół mnie chakra odbijała wszystkie ataki. Na ziemi utworzył się klucz wiolinowy – znak mojego klanu – wypuszczając z siebie nuty, wędrujące po podłożu. Było ich dokładnie tyle ile przeciwników, którzy zahipnotyzowani moją melodią stali w bezruchu, z zamkniętymi oczyma. Gdy każda nuta dotarła do swojego właściciela, skumulowałam największą ilość chakry, jaką byłam w stanie zgromadzić. Zaciskałam zęby z bólu rozsadzającego mnie od środka, lecz mimowolnie z mojego gardła wydostał się krzyk.

Rozdział 12: Do dna i na pohybel całemu światu
Taksówkarz aż prawie zagwizdał na jej widok. Po poznaniu destynacji próbował nawet lekko odwieść ją od zamierzeń, by po chwili rozpoznać jej naturę.
- Z całym szacunkiem, ale kotka wśród zgrai młodych wilczków to dość zerojedynkowa sytuacja…
- Miejmy nadzieję – odrzekła z uśmiechem.

6. Krew na szkle
Któregoś dnia na szkle pojawiła się krew. Niewielkie, ledwo widoczne zaschnięte kropelki, sprawiające wrażenie przezroczystej szkarłatnej farby. Jakby ktoś przez nieuwagę strzepnął z rąk, bądź pędzla jej nadmiar i choć starał się jak mógł, nie był w stanie domyć pozostałości do końca.
Jednak kłamstwem byłoby pozostać na farbie. Bo to nie była farba. To była krew. Kłamstwem byłoby również stwierdzenie, że pochodzi ona z niewielkiej ranki na żyle. Bo nie pochodziła.
Krew na szkle wzięła się ze śmiertelnej rany na tętnicach.

Rozdział 004
Dziewczynka w białej sukience przestała zbierać stokrotki i nieśmiało podeszła bliżej. Podała mi kwiatki, które trzymała w lewej rączce.
- Dziękuję – odpowiedziałam i uśmiechnęłam się do niej. Kątem oka zauważyłam, jak Weri z zastanowieniem przypatruje się jej.
- Memento Mori, Lilith Vazquez* - powiedziała przerażonym, dziecięcym głosikiem. Odwróciła się na pięcie i pobiegła przed siebie.
Stałam i patrzyłam, jak dziewczynka znika między drzewami w odległej części parku. Nie byłam w stanie się poruszyć, cokolwiek powiedzieć.

Rozdział 6
Dobra przestań już. Zimno mi! – coraz bardziej się niecierpliwił.
- Zimno?! Przecież twoje serce cały czas jest zamarznięte, powinieneś się przyzwyczaić.
- Długo będziesz się jeszcze droczyła, nie mam całego dnia.
- Ale ja mam. – uśmiechnęła się zwycięsko. Na co kot miaukną co miło znaczyć, że mu też się śpieszy.
- Dobra zapamiętaj tą chwile bo może ona być jedyną w całym twoim życiu. - zrobił przerwę. – proszę. – rzucił bez emocji.
- Niby w jaki sposób mam ci pomóc? – westchnęła.
- No wiesz uczysz się tu od sześciu lat. Może jakieś „czary mary”? – pomachał rękami.
- Nie mam różdżki. – odparła pustym tonem.
- Przecież ty ją zawsze nosisz!
- Ty też.
- Oj dobra, nie zgrywaj się. Wiem, że ją masz. – w końcu wyszedł z cienia zbroi.
- I co? Chcesz mnie przeszukać? – zapytała z sarkazmem.
- Jeśli będzie trzeba. – powiedział poważnie przybliżając się nieznacznie.

Rozdział szósty
- Twoje Lustro – kontynuował ciemnowłosy – jest Lustrem absorpcyjnym. Wchłania wszystko, co tylko mu stanie na drodze i nie będzie zbyt silne. Inne Serca, magię, przedmioty, ludzi, zwierzęta, och, nawet siłę fizyczną czy młodość, choć tych rzeczy nie widać. - Odsunął rękę z jego twarzy. - Wchłonie nawet ciebie, jeżeli nie będziesz potrafił nad nim zapanować. Jedno z najgorszych rodzajów Serc, jakie można sobie wyobrazić, należy do ciebie.
Chłopak patrzył na niego jak zahipnotyzowany, czując, jak krew zaczęła szybciej płynąć mu w żyłach.
Najgorszy rodzaj. Najgorszy. Jednocześnie najsilniejszy.
Gdy zdał sobie sprawę, że przestał oddychać od kilkunastu sekund, wciągnął zachłannie powietrze. To dlatego wtedy, w Sceaflet, pochłonęło tę maszynę... A teraz, w Waiber, Ama wygrała. I ja też.
Zaraz po niekontrolowanym entuzjazmie przyszła także gorycz. Ale absorpcja nie pomoże mi w dostaniu się do rodziców. Zacisnął gniewnie usta. Ostatnio ta idea prześladowała go bez przerwy.

05: Dlaczego on ze mną rozmawia? Przecież się nie lubimy!
Kilka dni temu zrozumiałam, co to znaczy bezwarunkowa miłość. Nie taka, jak z bajek. Między księciem, a królewną. Tylko taka, między rodzeństwem, rodzicami. Można nie dogadywać się z siostrą, bratem. Można go nie znosić, w wielu nie porozumieć. Ale tak naprawdę ciągle się tę osobę kocha. Jest wyryta w swoim sercu do końca. Nawet kiedy zdenerwuje cię tak, że powiesz o wiele za dużo. Sądzisz wtedy, że jej nienawidzisz, ale... co by było, gdyby twoja siostra zachorowała bardzo poważnie, albo brat brał udział w wypadku?

2. Dzień pełen niespodzianek
— Ratuj się, póki możesz! – blaknący głos starszej kobiety dobiegł do wrażliwych uszu dziewczyny. Leżała ona pod jednym z zamkniętych lokali, opierając się o ścianę i szepcząc coś pod nosem. Krwawiła obficie na czarno, co sygnalizowało, że została trafiona w wątrobę i czeka ją szybka, ale bolesna śmierć.
— Merlinie drogi… - wyszeptała Dorcas, kucając obok niej i kładąc dłoń na trzęsącym się ramieniu. – Czy mogę pani jakoś pomóc?
— Nic mi już nie pomoże – odparła słabo, mrugając żałośnie opadającymi powiekami. – Uciekaj… uciekaj, póki nikt… nie zwrócił na ciebie uwagi! Biegnij w… przeciwną stronę! – jej głos z każdym wypowiadanym słowem stawał się cichszy. – Idź… - nagle jej niebieskie, mieniące się uczuciami oczy zgasły. Wzrok stał się pusty, spojrzenie zawisło w jednym punkcie, a ciężki oddech ustał. Ramiona przestały drżeć, usta rozchyliły się lekko w geście zdziwienia. Dziewczyna poczuła, jak po raz kolejny wołają ją łzy. Zgromadzone gdzieś wewnątrz duszy, błagały, by je uwolnić.

Rozdział drugi: Zamek
We mgle słychać było zawodzenie perkoza. Słońce dopiero pojawiało się na horyzoncie, zapowiadał się ciepły, letni dzień. Jednak mgła parujących moczarów była gęsta i osiadła u podnóża góry, gdzie znajdował się Zamek Zakonu. Z grodu i podgrodzi wyruszało kilka matek, które prowadziły za ręce małych chłopców. Najmłodszy z nich mógł mieć cztery lata, najstarszy dziesięć. Wiele z tych kobiet obcierało ukradkiem łzy, bo mimo wielu dzieci w zagrodach, pewna strata jednego z nich zawsze była bolesna. (...) Rycerze Talaith byli jednymi z najlepszych w Camden. Jednak surowa dyscyplina Zakonu i bardzo ciężki trening powodował, że wielu chłopców nigdy nie kończyło szkolenia. Nakaz dotyczył tego, by w dzień Przydziału oddać do Zamku drugiego narodzonego syna. Nikt nie mówił o zdrowiu lub kondycji fizycznej. Tacy po prostu wykańczali się pod ciężarem tarczy i miecza i matki doskonale o tym wiedziały.

16. You've got to hide your love away.
– Lily… Chcesz to dziś skończyć?
– Już idę – odpowiedziała i zaczęła schodzić na dół. Dopiero, gdy stała już na stole, odwróciła się w stronę chłopaka, momentalnie oblewając się purpurowym rumieńcem.
– James! – wykrzyknęła.
– Tak? – zapytał zaciekawiony, podnosząc na nią wzrok znad plewionej właśnie grządki.
– Dlaczego ty nie masz koszuli? – spytała zażenowana, wbijając wzrok w podłogę.
– Tak, jakbyś nigdy żadnego chłopaka bez koszuli nie widziała – prychnął, kręcąc lekko głową.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Obserwatorzy